piątek

Z kim płaczą gwiazdy

tytuł: Z kim płaczą gwiazdy
wydanie: Telbit, 2008
liczba stron: 191
autorka: Ewa Barańska

 Wszystkie spotkania z publikacjami wydawnictwa Telbit uważam za udane. Zakochana w takich powieściach, jak: "W cieniu motyla", "Miłość zwija się w bibułkę", "Rok wieloryba", "Ćmy i motyle", nie mogłam postąpić inaczej, jak pozwolić sobie na bliższą znajomość z tym tytułem. Było warto? Nie do końca. Średniozamożny Michał zakochuje się od pierwszego wejrzenia w Weronice, dziewczynie z wyższych sfer, której usilnie stara się zaimponować. Idyllicznie rozkwitającą miłością, wstrząsa niefortunny wypadek Michała, pozornie przekreślający dalsze losy bohaterów. Zaczyna się swoisty wyścig z czasem.

Na początku lektury, czytelnik odnosi mylne wrażenie, że oto ma przed sobą typowe love story. Bo jak się okazuje "Z kim płaczą gwiazdy...", to nie tylko powieść o miłości bezgranicznej i jak na mój gust nieco naciąganej, ale także także o silnej potrzebie akceptacji, a zwłaszcza o próbach radzenia sobie z kalectwem. Odarty z godności Michał, z rosnącą odrazą wyczekuje kolejnych wizyt pielęgniarek, trudniących się jego pielęgnacją, a myśl o przyszłości napawa go przerażeniem. W całym tym rozgardiaszu emocji, widzi tylko jedno wyjście- śmierć. Chęć popełnienia samobójstwa kiełkuje w nim już od momentu odzyskania przytomności. Michał tworzy sobie mały, hermetyczny, kaleki świat, w którym osoby jego pokroju, nie zasługują na miłość. Pragnie odciąć się od swoich bliskich, uparcie odmawiając wszelkich form pomocy.

Na wzmiankę zasługuje jeszcze postać Elwiry (mamy Weroniki), kobiety, która zatrzymała się na etapie dojrzewania i prowadzi permanentną walkę z czasem o pokłady kolagenu zakorzenione w skórze, pigmentację włosów oraz perfekcyjny metabolizm. Relacje łączące matkę z córką są zgoła niepokojące. Elwira bez żadnych skrupułów odbija Weronice chłopaka, po czym uprawia z nim dziki seks do białego rana. PARANOJA! Mimo wszystko, to chyba najlepiej wykreowana postać, jaką będziemy mogli podziwiać w tej historii.

Na uznanie zasługuje przyjemny, plastyczny język, dzięki któremu mogłam swobodnie przemieszczać się po opisywanych, rzeszowskich kawiarenkach, parkach i straganach. W dodatku moje uznanie zdobyło poetyckie wręcz podejście Michała do Weroniki. Zdaję sobie dobrze sprawę, że "Z kim płaczą gwiazdy..." napisała kobieta, niemniej, podświadomie chciałabym wierzyć w młodych mężczyzn, zachwycających się odcieniem skóry partnerki, tytułując ją w myślach nimfą oraz przypisując jej boskie atrybuty. Tak, jestem kobietką i lubię być adorowana :). Może to i próżne, ale w sposób niezwykle egoistyczny uznaję to uczucie za co najmniej cudowne.

Tym, co powoduje liczne dyskusje na temat tej książki, oraz nieciekawie wpływa na jej całościową ocenę, jest z pewnością nietypowe zakończenie. Autorka pozostawia czytelnikowi szerokie spektrum możliwości, mruga do niego okiem i zachęca do samodzielnego opracowania końcowych losów bohaterów. W porządku. Teraz życie Michała i Weroniki leży w moich rękach, zostało mi ono wręcz dobrowolnie oddane... Ale, czy nie wolelibyście przeczytać konkretnego zakończenia zamiast snuć potoki domysłów? Jednak to, co sprawia czytelnikowi największą frajdę, to zgrabne podsumowanie opowieści, uwypuklenie pewnych problemów i definitywne zamknięcie cyklu wydarzeń. Tutaj tego nie ma. Pozostaje nam zatem snuć domysły...

Książka krótka, przyjemna, taka do "połknięcia" w czasie nużącej, dwugodzinnej podróży pociągiem, czy w przerwie między wykładami. Potrafi zmusić do refleksji, ale inne perełki wydawnictwa "Telbit", radzą sobie z tym zadaniem o niebo lepiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz