tytuł: Faust część I
wydanie: Greg, 2010
liczba stron: 184
autor: Johann Wolfgang von Goethe
Szczerze nie znoszę robić niczego pod przymusem, a już najszczerzej nie
znoszę czytać narzuconych mi przez wszelakiej maści magistrów, dzieł
literatury światowej, które to rzekomo mają najśmielej odzwierciedlać
dorobek literacki danej epoki. Jednak jeśli przeczytanie tak lichej
lekturki jaką jest „Faust” (zaledwie 160 stron), ma mi zapewnić
upragniony wpis do indeksu, to bez zbędnego kręcenia nosem- zabieram
się do roboty.
Dotychczas Goethe kojarzył mi się głównie z tym typem pisarza, któremu
ktoś porządnie rozstroił jakiś ośrodek w mózgu, mający odpowiadać za
utrzymanie emocji na względnie akceptowalnym poziomie. Serio, ktoś kto
spłodził „Cierpienia młodego Wertera” nie może pretendować do miana
osoby stabilnej emocjonalnie. W przypływie dobrego humoru pomyślałam
sobie jednak: „Co tam panie Goethe! Zobligowano mnie do dana panu
drugiej szansy, proszę mieć to zatem na uwadze i niczego nie
spieprzyć!”, No cóż. Może jeszcze nie dorosłam do tego typu czytadeł, a
może po prostu fakt, że nie znoszę dramatów, nigdy nie pozwoli mi
docenić ich wyjątkowości. Chociaż i tutaj znajdą się odstępstwa od
reguły, bo komedie pana Fredra uwielbiam całym sercem. Wróćmy jednak do
„Fausta”. Z pewnością czytało mi się to znacznie lepiej niż wypociny
Szekspira, choć „Makbeta” i „Hamleta” czytałam mając lat czternaście…
nie wiem kto stoi za ustanawianiem lektur szkolnych, ale zanim wpadł na
pomysł faszerowania czternastolatków liryką Szekspira, powinien się
porządnie puknąć w czoło. Nie ma chyba nic bardziej odstręczającego od
czytania w ogóle, niż dać młodziakowi do ręki jeden z tych żmudnych,
upstrzonych środkami stylistycznym niemalże w każdym wersie, dramatów.
Teraz już będzie tylko o „Fauście”, słowo sfrustrowanej czytelniczki.
Były fragmenty, wprawdzie nieliczne, które zaskarbiły sobie moją sympatie, ze względu na sprawne połączenie rymów, np.
„ … Usłyszycie istne arcydzieło:
Zanucę jej moralną serenadę,
By się ją łatwiej na nią wzięło.”
Szukacie sposobu na nieszablonowy i oryginalny podryw rodem z początków
dziewiętnastego wieku? Śmiało tedy! Wejdźcie w komitywę z diabelskim
pomiotem i nućcie białogłowej rzewne serenady. A jeśli już zaskarbicie
sobie sympatię diabła, nie zapomnijcie o przypieczętowaniu waszej
przyjaźni krwią.
Wiedźmy, czarownice, sabaty i sfrustrowany poziomem własnej wiedzy
doktorek, który szuka odpoczynku od trosk w doznaniach metafizycznych,
po drodze zaliczając romans z prostą, acz niewinną dziewką, która w
wyniku serii nieszczęśliwych wypadków trafia za kratki. Z całego serca
odradzam, chyba że zmuszą was do tego wyżej wspomniane maści wszelakiej
magistry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz