tytuł: Dżozef
wydanie: W.A.B, 2011
liczba stron: 384
autor:Jakub Małecki
Punktem zaczepnym, który podziałał na moje zmysły i wytworzył
nieprzemożone pragnienie przeczytania tej powieści, była po prostu
okładka. Niebieski, wyblakły tynk, którego nikomu zresztą nie chciało
się odrestaurować i łypiący ciekawie na czytelnika kozioł, z
wielgachnymi uszami i ubytkach na skórze.
Jak się później okazało,
okładka idealnie wpasowywała się w fabułę powieści, czego na początku
nie potrafiłam dostrzec, głowiąc się dobre kilka minut, dlaczego kozioł?
Ale pomówmy o początku książki z osobna. Otóż, zaczynając czytać
"Dżozefa", oraz zapoznając się z głównym bohaterem, Grzesiem Bednarem i
jego towarzyszami niedoli (Kurzem oraz Czwartym), którzy dzielą z
Grzegorzem jedną ze szpitalnych sal, czytelnik odnosi nieodparte
wrażenie, że oto ma do pokonania lekką i przystępną powieść,
przedstawiającą polską rzeczywistość w nieco krzywym zwierciadle. A
wszystko to, dzięki narracji stylizowanej na wzór zwykłego chłopaka z
blokowiska, dosadnej, momentami wulgarnej, ale w całej swojej
impertynencji jednak śmiesznej i groteskowej.
Wraz z rozwojem akcji,
przemyślenia głównego bohatera zostają przyćmione i schodzą na dalszy
plan, na rzecz, odgrywającej w powieści kluczową rolę, historii
Czwartego. Pan Stanisław, zwany Czwartym, snuje swoją historię
wieczorami, targany wysoką temperaturą, zdaje się majaczyć. W tych
momentach stajemy oko w oko z tytułowym Dżozefem. Swoistym Alter ego
Pana Stasia. Choć na początku, nie byłam zachwycona zmianą narratora,
jak i brakiem kąśliwych uwag Grzesia, historia Czwartego pochłonęła mnie
bez reszty. Zwłaszcza, że im dalej brniemy w tą przedziwną opowieść,
tym większą rolę w książce zaczyna odgrywać konwencja fantastyczna,
której zresztą, posiłkując się pierwszymi rozdziałami, szczere się nie
spodziewałam. Najlepsze w całej książce jest to, że czytelnik odnosi
wrażenie, jakby słuchał swojego najlepszego przyjaciela, do którego
wpadł przelotem na zimnego browara. Bo nie wyobrażam sobie, żeby pić z
Grzesiem cynamonową herbatę z kruchych, porcelanowych filiżanek.
Warto
także wspomnieć o Josephie Conradzie, którego twórczość przewija się
przez cały utwór, a cichy hołd dla pisarza, stanowią upchnięte w dialogi
wysublimowane cytaty z dzieł jego autorstwa. I właśnie za to, chciałam
serdecznie podziękować autorowi "Dżozefa", za Conrada. Dotychczas,
bardziej z musu, niźli z osobistych pobudek, przeczytałam tylko "Jądro
Ciemności", figurujące już od kilku lat na liście lektur obowiązkowych w
szkołach ponadgimnazjalnych. Stosunkowo malutka książeczka, wywarła na
mnie ogromne wrażenie i jestem pewna, że w tej materii ja i Pan Stasio,
mielibyśmy podobne zdanie. Ten kunszt słowa, poetyckość i lekkość... ale
o tym kiedy indziej.
"Najbardziej egzotyczną dżunglą na świecie jest psychika ludzka". Oto,
moim zdaniem, kwintesencja powieści, która zresztą poprzedza sam etap
czytania. Do jakiej refleksji zmusił mnie bowiem "Dżozef"? Ano, do
takiej, że ludzie częstokroć boją się być szczęśliwi. Właśnie, boją się,
a niejednokrotnie wręcz bronią się przed szczęściem, w efekcie tworząc
jakiś iluzoryczny poczet osobistych demonów, które nakręcone przez
właściciela co rano, szepczą z dzikim zawzięciem: "Nie uda Ci się, nie
uda, zobaczysz".
"Dżozef" pokazuje, że tak naprawdę każdy z nas ma prawo
do szczęścia i do korzystania z życia pełnymi garściami, TERAZ, właśnie
w tym momencie! Bo później...później, może być już odrobinę za późno.
Ważne, żeby nie bać się porażek, bo są one nieodzownym warunkiem naszego
istnienia. Ważne, żeby zaprosić wymarzoną dziewczynę, do której ma się
cholerną słabość, na randkę, przeprosić starego przyjaciela, albo po
prostu wyjść z kimś bliskim na spacer. Ważne, żeby pokonywać słabość i
ilekroć będzie się zdawać, że nie dasz im rady, pokazać swojej
bojaźliwej stronie język i zrobić jej na przekór. Tak to właśnie działa.
Bo jakpisał Jostein Gaarder w "Dziewczynie z pomarańczami":
Kto nie żyje nigdy tu i teraz
Ten nie żyje nigdy
Co wybierasz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz