tytuł: Tyle jest gwiazd
wydanie: Muza, 2007
liczba stron: 185
autorka: Giulia Carcasi
Tytuł ten przygarnęłam za względu na stosunkowo ciekawą strukturę
książki. Powieść można zacząć czytać zgodnie z ruchem wskazówek zegara,
jak i pójść im na przekór i spróbować w bardziej japoński sposób.
Zjawisko dosyć nietypowe w literaturze, ale co dwie okładki, to nie
jedna ; ). "Tyle jest gwiazd", to debiut literacki mojej rówieśniczki,
stąd również nieprzemożona ochota na bliższe poznanie z książką.
Czytając "Dziewczynę i wilka" autorstwa młodziutkiej, bo
siedemnastoletniej Eliny Vincent, byłam pod wrażeniem jej lekkości pióra
i empatyczności, która biła z każdej strony. Coś cudownego. Stąd może
nieświadomie zawyżyłam oczekiwania względem prozy Giulii Carcasi.
Niemniej, jedno muszę powiedzieć na pewno: czyta się lekko i przyjemnie.
Nie czujemy na sobie ciężaru słów, nawet jeśli autorka przechodzi z
patosu do zasypywania czytelnika kolokwializmami, robi to z gracją,
sprawnie komponując te dwa ścierające się style.
"Tyle jest gwiazd" to książka przede wszystkim o smakowaniu miłości i
stawianiu pierwszych kroków w drodze ku dorosłości. Poznajemy świat
widziany z perspektywy dwóch, z pozoru zupełnie sobie obcych
maturzystów. Ona, żyjąca niczym Alicja w krainie czarów, karmi się
fikcją literacką, a każdy przejaw konformizmu jest przez nią dosadnie
krytykowany. On, pragnący za wszelką cenę "przystawać" do reszty,
usilnie próbuje ukryć przed światem swoją "inność" i stać się wreszcie
mężczyzną. Aby się dostrzec, muszą wzajemnie do siebie dojrzeć i stoczyć
walkę z wewnętrznymi demonami, torującymi drogę ku szczęściu.
"Tyle
jest gwiazd" to nie kolejne cukierkowate love story, w którym
bohaterowie osiągnęli apogeum romantyzmu. To historia jakich wiele,
pozornie zwyczajna, otarta z niezwykłości, ale to dobrze, bo w całej
swojej prostocie jest przecież prawdziwa. W bardzo prosty, ale i trafny
sposób zostaje ujęty dialog międzypokoleniowy, którego właściwie brak
pomiędzy rodzicami, a bohaterami. Ten ciekawy wątek poruszany w książce,
wymusza na nas wiele pytań i pokazuje jak bardzo w okresie domniemanego
buntu można oddalić się od swojej rodziny, a dom traktować niczym
motel. Następuje wymiana jałowych zdań, pustych spojrzeń i wyuczonych
uśmiechów, aby całość zgrabnie dopasowała się w ramy pożądanej przez
wszystkich "normy".
A teraz przenosimy się z krainy dobrodziejstwa, tego
co ciepłe i pachnie szarlotką do kilku mankamentów, które niestety
wpływają na całościową ocenę książki dość negatywnie. Otóż, ta
niestandardowa struktura książki, która owszem, ciekawi czytelnika oraz
zachęca swoją unikatowością, nie do końca jest tak dobra, jakby się
mogło wydawać. Przede wszystkim chodzi o wałkowanie tych samych
wydarzeń, tyle że opisywanych z punktu widzenia innego bohatera...
wszystko pięknie, ładnie, ale mnie męczy takie czołganie się przez splot
wątków, które są mi już dobrze znane. Co z tego, że Carlo ma nieco inne
zdanie na ten temat? Dlaczego muszę po raz drugi raczyć się tymi samymi
dialogami? Niefajnie, oj niefajnie. Pomysł okazał się ciekawy, ale
wykonanie padło na łeb na szyję.
W każdym bądź razie- polecam. Chociażby dla samej autentyczności wydarzeń i zasługującego na uwagę stylu autorki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz