wtorek

W krainie białych obłoków

tytuł: W krainie białych obłoków
wydanie: Sonia Draga, 2012
liczba stron: 614
autorka: Sarah Lark



Gdyby ktoś zaproponował wam podróż w ciemno, do ledwo co skolonizowanego kraju, w którym gospodarka zaczyna niewinnie raczkować,  życie towarzyskie skupia się zaledwie w kilku miastach, składających się z naprędce wzniesionych domów, a wszystko dookoła jest spowite w nieskończone połacie  soczyście zielonych pastwisk… zgodzilibyście się? Zakładając, że posiadacie w sobie jakąś domieszkę awanturniczej krwi i błysk żądzy przygód w oku, oraz niestraszny wam trzymiesięczny rejs wadliwym żaglowcem, pewnie porwalibyście się na tego typu wyprawę. Ale dla wszystkich tych, którzy nie mają aż tyle odwagi lub zwyczajnie cenią sobie błogą rutynę, mam równie ciekawą alternatywę-  lekturę „W krainie białych obłoków”, niesamowitej sagi rodzinnej autorstwa Sary  Lark. Przy czym lojalnie zastrzegam, że zachwytom nie będzie końca.  

W dziewiętnastowiecznej Anglii nad miłość przekłada się rodzinne interesy i rzecz jasna stosowny do zajmowanej przez pannę pozycji, posag.  Skrupulatne matki, tonące w muślinowych sukniach, czekają na wyśnionego zięcia, który będzie godzien pojąc ich córkę za żonę. Już sam przebieg swatania jest nad wyraz specyficzny, bo nie ogranicza się tylko do zapraszania na podwieczorki coraz to wytworniejszych baronów, lordów lub dziedziców pokaźnej fortuny, lecz skupia się głównie na prezencji potencjalnej narzeczonej. Ocenie jest poddawany każdy, nawet najmniejszy drobiazg, a sędziowie, to zwykle skore do plotek i uwypuklania faktów matki zamożnych kawalerów. Wystarczy zatem jedno, źle zaakcentowane francuskie słówko,  sięgnięcie nie po ten widelczyk co trzeba, by plany na majętne zamążpójście poszły z dymem, a wieść o horrendalnych manierach panny, obeszła z powodzeniem cały Londyn. Dla młodziutkiej Gwyneiry Silkham takie swaty, to prawdziwa droga przez mękę. Gwyneira nie potrafi swobodnie trzymać imbryka i z czcią oddawać się polerowaniu srebra, nie potrafi też, jak na damę przystało, trzymać języka za zębami i tłumić w zarodku swojego ognistego temperamentu. Jedyne co dobrze jej wychodzi, to zapędzanie owiec do zagrody i  jazda konna, koniecznie w męskim siodle! Co przez wiele okolicznych dam, zamyka się w jednym, trafnym określeniu- „nieprzyzwoitość”. Z tak niepożądaną dla młodej panny sławą, wydanie za mąż Gwyneiry, to dla jej matki prawdziwe utrapienie. Jednak z pomocą przychodzi Lord Silkham i jego wrodzona słabość do hazardu. Zaprawiony tuzinem kieliszków whisky, przegrywa rękę swojej córki w grze w pokera ze słynnym, nowozelandzkim „owczym baronem” Geraldem Wardenem. Nie jest to może zbyt konwencjonalny sposób na wydanie za mąż swojej pociechy, niemniej słowo się rzekło, a każdy szanujący się Lord, słowa dotrzymać powinien. Ku zdziwieniu ogółu, Gwyneira ochoczo przystaje na możliwość wydostania się spod jarzma wiecznie niezadowolonej manierami córki, matki. W niespełna miesiąc po pamiętnej grze w pokera, dziewczyna wraz z Geraldem Wardenem, wsiada na statek i płynie ku nowemu życiu, do Nowej Zelandii. Na statku zaprzyjaźnia się z niejaką Helen Davenport, zdesperowaną guwernantką, która wyrusza w nieznane, by poznać za pośrednictwem londyńskiej parafii,  przyszłego męża- „dobrze sytuowanego i cieszącego się nienaganną opinią dżentelmena”, a przynajmniej tak brzmiała treść ogłoszenia matrymonialnego zawartego w gazetce parafialnej. Odtąd, losy tych dwóch kobiet splatają się ze sobą, a ich nadzieje na odnalezienie szczęścia w nowym kraju, zostają brutalnie zweryfikowane w zetknięciu z ostrą jak brzytwa rzeczywistością.
 
„W krainie białych obłoków”, to dobrze przemyślana, wielopokoleniowa saga rodzinna, która rozgrywa się na tle surowych pejzaży Nowej Zelandii. Zakochałam się w tym dzikim kraju, jak i losach bohaterów już po pierwszych kilkunastu stronach. A wszystko to za sprawą wnikliwych, niezwykle plastycznych opisów i  tak skrupulatnie odmalowanych portretów postaci, że nie sposób było się do nich nie przywiązać. Całości dopełniają towarzyszące bohaterom intrygi, rodzinne skandale i kontakty z tutejszą ludnością- ciemnoskórymi Maorysami. Akcja powieści rozgrywa się w latach 1852-1877, przy czym jest podzielona na cztery części, których zwieńczenie stanowią narodziny kolejnego potomka. Ta książka to prawdziwa gratka dla wszystkich fanów wielowątkowych powieści z historią w tle! Nie jest to jednak niezobowiązująca lektura do pochłonięcia w dwa wieczory, a raczej opasłe tomiszcze, dzięki któremu śmiało można podrasować bicepsy. 614 stronicowa księga, z literkami tak drobno usianymi, że bez okularów z pewnością się nie obejdzie. Jednak warto wystawić wzrok na tę ciężką próbę, bo „W krainie białych obłoków”, warte jest każdej strony.

Od czasów bestsellerowej „Cukierni pod Amorem” Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, nie miałam w rękach żadnej sagi rodzinnej, która wywarłaby na mnie równie pozytywne wrażenie. Niestety powyższe zdanie straciło znacznie na swojej wartości od chwili, gdy skończyłam czytać powieść Sary Lark. Z bólem serca, niemniej w pełni zasłużenie, muszę zdetronizować „Cukiernię” na rzecz „W krainie białych obłoków”. Gdyby komuś przyszło jednak uznać moje zachwyty nad tą powieścią za bezpodstawne (wszakże o gustach się nie dyskutuje),  z wielką chęcią wyzwę delikwenta na pojedynek, wygram go, po czym zażądam pisemnego oświadczenia o niezbitej cudowności powieści  „W krainie białych obłoków”. 




Za książkę serdecznie dziękuję wortalowi Nowa Czytelnia, na którym ukazała się powyższa recenzja
 NowaCzytelnia.pl

 
 Oraz wydawnictwu Sonia Draga

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz