tytuł: Ostatnia spowiedź, tom Iwydanie: Novae Res, 2012
liczba stron: 380
autorka: Nina Reichter
Ostatnimi czasy nabawiłam się niebagatelnych uprzedzeń względem romansów, stąd podchodziłam do „Ostatniej spowiedzi” w sposób niewybrednie sceptyczny. Wiedziona przeczuciem, że o miłości w literaturze było już chyba wszystko i jest to teren wyeksploatowany niemalże do cna, ułożyłam się wygodnie na kanapie z kubkiem gorącej czekolady i egzemplarzem „Ostatniej spowiedzi” na podorędziu. Jeszcze przez dłuższą chwilę ważyłam lekturę w dłoni, gdyż nigdy nie byłam fanką popularnych ongiś opowiadań o miłości światowej sławy wokalisty i dostrzeżonej przez niego szarej myszki. Ale to właśnie „Ostatnia spowiedź” udowodniła mi, że clue dobrej powieści, nie tkwi w temacie, ale w sposobie ujęcia owego tematu.
Uzbrojona w awersje do mężczyzn Ally Hanningan pragnie uniknąć kolejnego miłosnego zawodu, godząc się na związek zainicjowany przez swoją matkę, z chłopakiem, którego nawet nie jest w stanie polubić. Jednak w mniemaniu pani Hanningan lubienie nie ma tutaj nic do rzeczy, bo przecież cała istota dobrego związku tkwi w zasobności portfela partnera . Dodatkowo Ally przystaje na to, by to rodzice wybrali odpowiedni dla niej kierunek studiów, a jest to nic innego, jak świetnie rokujące i zapewniające równie świetne zarobki- prawo. Ally zdaje się akceptować to jałowe, pozbawione własnych decyzji życie, aż do momentu, w którym poznaje Bradina Rothfelda. I jest chyba przy tym jedyną osobą na ziemi, która nie potrafi rozpoznać w nim wokalisty osławionego zespołu „Bitter Grace”. Zdezorientowany zachowaniem Ally- Bradin, przyzwyczajony do zgoła nieco innej reakcji niewiast na swój widok- rzucanie się na szyje, przy wtórze spektakularnych pisków rozsadzających bębenki od środka jest tutaj normą, postanawia dać szansę rozwinąć się tej dziwnej znajomości.
I tutaj ukłon w stronę autorki, gdyż proces kształtowania się uczucia pomiędzy Ally, a Bradinem został opisany w sposób tak wnikliwy, że aż momentami pedantyczny. Nic nie jest w stanie umknąć czytelnikowi przy tak bogatych i różnorodnych opisach, co jest jednym z głównych atutów tej powieści. I chociaż narracja jest prowadzona z punktu widzenia trzeciej osoby, refleksje bohaterów w zespół z ich uczuciami, były odmalowane tak dokładnie, iż momentami zdawałam się słyszeć ich myśli. Ta empatyczność i wrażliwość zakotwiczona na każdej stronie, z pewnością zjedna sobie niejedno kobiece serce. Bo przecież która z nas nie ma czasem ochoty na przeczytanie miłosnej historii z prawdziwego zdarzenia?
Minusy przezornie zostawiłam sobie na koniec, bo z własnego doświadczenia wiem, że czytanie cudzych recenzji ogranicza się do pobieżnego zlustrowania dwóch pierwszych akapitów, a z pewnością nie chciałabym nikogo zniechęcić do zaznajomienia się z „Ostatnią spowiedzią”. Debiuty literackie rzadko kiedy są bezkolizyjne, a i pani Nina Reichter zaliczyła w moim mniemaniu jeden poślizg. A mam tu na myśli nic innego jak wyidealizowanie postaci Bradina do granic przyzwoitości. Głowię się i troję, ale mimo to nadal nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego ostatnimi czasy w literaturze zarezerwowanej dla kobiet pojawia się wysyp mężczyzn idealnych. Co kolejny to czulszy, bardziej opiekuńczy, a romantyczność, to już w ogóle wypływa im uszami. Nie twierdzę, że to źle, bo całkiem fajnie jest sobie pomarzyć, ale wizerunek takiego bożyszcza w konfrontacji z rzeczywistością wypada nad wyraz ubogo.
Reasumując, książkę czyta się w mgnieniu oka, jednak jest w niej coś takiego, co nakazuje czytelnikowi stopniowo delektować się treścią, (wybrane fragmenty czytałam nawet po kilka razy). Komu poleciłabym ją bez mrugnięcia okiem? Wszystkim kobietom z krwi i kości. Dlatego jeśli spełniacie to kryterium, możecie ze spokojnym sumieniem oddać się lekturze „Ostatniej spowiedzi”.
Recenzja ukazała się także na wortalu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz